EPILOG-2


Livvie POV:

Dzisiejsza pogoda nie dopisuje. Pada deszcz, jest pochmurno i poniekąd odzwierciedla to mój stan ducha. Właśnie zmierzam w kierunku mojej ulubionej kawiarni, w której zapewne czeka już na mnie moja przyjaciółka Nicole i czuję na skórze powiew wiatru.
Minęło dokładnie dwa miesiące odkąd wróciłam do domu. Dwa miesiące z dala od Justina, od tego, co się wydarzyło. Musiałam wyjechać, odetchnąć i przekonać się, że moja miłość do niego jest silna i prawdziwa. W pewnym sensie owinął mnie sobie wokół palca i zwariowałam przez niego. Wmawiałam sobie, że powinnam zaakceptować ten ból, który mi sprawiał. Powinnam się na niego uodpornić, bo widocznie tego potrzebował. Byłam dzielna, a przynajmniej bardzo starałam się być. Przez ten cały czas, kiedy mnie ranił zaciskałam zęby i znosiłam to. Dopiero po wszystkim uświadomiłam sobie, jak bardzo było to złe. Justin przez chorobę idealnie mną manipulował. Wierzyłam w każde jego słowo, jakby mój rozum udał się na drzemkę. Wiedział, co powiedzieć, aby mnie udobruchać albo totalnie złamać. Wystarczyło, że popatrzył na mnie ze smutną miną, a ja miękłam pod wpływem jego spojrzenia. Justin wiedział, co robi i miał świadomość, jak na mnie wpływa. Dlatego czułam, że zwariowałam.

Po wyjściu ze szpitala uderzyła we mnie brutalna rzeczywistość i niestety wspomnienia tego, jak mnie krzywdził. 
To tak, jakby w mojej głowie przełączył się guzik i wszystko uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Podświadomie czułam ten ból, kiedy przesuwał nożem po mojej wrażliwej skórze, jak bił mnie pasem w domu jego mamy. Nie chciałam o tym myśleć, ale nie mogłam nic na to poradzić. Musiałam zmierzyć się z przeszłością i na nowo poukładać sobie wszystko w głowie. Nie było łatwo i chyba nadal nie jest. Pogubiłam się, mimo tego, jak bardzo starał się dla mnie Justin. Przez trzy miesiące byłam jak zombie, praktycznie nie zdolna do funkcjonowania. Był przy mnie przez cały czas, przytulał, wspierał, pocieszał. Byłam zdumiona, jak bardzo się zmienił. Był spokojny, rozluźniony i nie przypominał tego Justina, którego zapamiętałam przed tym, jak zostawił mnie na poboczu i uciekł. Jednak leki przynosiły niesamowite efekty i żałowałam tego, iż nie mogło być tak od samego początku. Justin uciekł ze szpitala i tak nagle zaprzestał leczenia. Odstawił leki i choroba przejęła nad nim całkowitą kontrolę. Byłam pod ręką, więc to ja cierpiałam najbardziej. I chociaż czułam, że Justin mnie kocha, musiałam wyjechać, wrócić do domu. Do tej pory nie jestem pewna, jakim cudem udało mi się podjąć tak ważną decyzję. Po prostu pewnego ranka obudziłam się i czułam, że to jest "ten" dzień.
Byłam przerażona pytając go o pozwolenie, jednak potwornie dobiła mnie jego zgoda. Po prostu skinął głową, zamówił mi bilet i nawet się nie pożegnał. Zabolało, chociaż w zupełności go rozumiałam. Zraniłam go, wbiłam mu nóż prosto w serce i każdego dnia żyłam  z poczuciem winy. Te dwa miesiące uświadomiły mnie w tym, że ten chłopak jest miłością mojego życia i nic na to nie poradzę. Przeszliśmy razem przez gówno. Działy się naprawdę paskudne rzeczy, a na dokładkę nie zapominajmy, że Justin jest mordercą. Przecież zabił ojca, ochroniarza w szpitalu i mamę. Wiele razy mówił mi, jak bardzo żałuje, że nie oszczędził matki. Mógł po prostu pozwolić jej żyć, troszczyć się o jego rodzeństwo, a być może z czasem potrafiłby jej wybaczyć. Zmiana Justina bardzo mnie zaskakiwała, a był zupełnie innym człowiekiem. Właśnie takim, z którym chciałabym zostać na zawsze. Byłam pewna, że go kocham. Ten czas spędzony  w domu pozwolił mi to na spokojnie zrozumieć. I kilka dni temu podjęłam decyzję.

Oczywiście powrót do domu nie okazał się być prosty. Policja dowiedziała się, że jakimś cudem nagle pojawiłam się w Los Angeles i już drugiego dnia wylądowałam na komisariacie. Zadawali mnóstwo pytań, a ja wiedziałam, że jedno słowo za dużo i mogę wpakować się w kłopoty. Dlatego każdą odpowiedź skrupulatnie obmyślałam i trzymałam się tej samej wersji, którą wciskałam Benowi w szpitalu psychiatrycznym. Podświadomie czułam, że mogą się z nim skontaktować i porównać oba zeznania. Dlatego też nie powiedziałam nic, co wprowadziłoby zamęt. Nadal trzymałam się tego, że mieszkaliśmy w Argentynie. Dodałam jedynie, że było to jakieś pustkowie i nie trafiłabym tam z powrotem za żadne skarby świata. Policjanci patrzyli na mnie podejrzanie i nawet dyskretnie zaszantażowali, że mam mówić prawdę. Nie miałam najmniejszego zamiaru wpieprzyć Justina w kłopoty, więc kłamałam i starałam się brzmieć wiarygodnie. Chyba mi się udało, bo w końcu zostawili mnie w spokoju. To ja byłam ofiarą i nie mieli żadnych podstaw, aby zamknąć mnie w więzieniu.
 

Docieram do kawiarni, całuję Nicole w policzek i siadam naprzeciwko niej. Uśmiecha się, wygląda prześlicznie i cieszę się ogromnie, że miałam szansę się z nią zobaczyć. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo za nią tęskniłam.
- Wyglądasz dzisiaj jakoś inaczej, wiesz? - Niki mruży oczy i przechyla głowę - Masz ten wyraz twarzy, jak coś knujesz.
- Och, tam! Od razu knuję - burczę pod nosem i przewracam oczami - Po prostu przemyślałam sobie kilka spraw.
- Spraw? - unosi brew i nie spuszcza ze mnie wzroku. Oho! Zaraz się zacznie - Mów szybko, bo mnie zaciekawiłaś.

- Proszę, kawa dla was - naszą rozmowę przerywa głos kelnerki. Uśmiecha się do nas uroczo, kiwa głową i odchodzi.
- Cóż - chrząkam, wiercę się niespokojnie i oblizuję usta. Na pewno jej się to nie spodoba - Minęło dwa miesiące, odkąd pojawiłam się w domu. Jak wiele razy Ci mówiłam, potrzebowałam po prostu przerwy. Chciałam odpocząć od tego syfu, od bólu, od Justina. Zrobiłam to dla siebie, aby wziąć głęboki oddech. Wyszłam na prostą i chcę do niego wrócić. Tęsknię za nim.
- C-co? - jąka się, puszcza moją dłoń i kręci głową - Chyba nie mówisz poważnie? Naprawdę chcesz to zrobić, Livvie?
- Mhm - mruczę pod nosem, mieszam kawę łyżeczką i czuję w sobie dziwny spokój - Przecież wiesz, że go kocham.
- Wiem, mówisz mi o tym od dwóch miesięcy. Nie sądziłam jednak, że bierzesz pod uwagę powrót. Jesteś pewna?
- Tak. Jestem tego pewna, jak niczego innego. Zraniłam go, kiedy wyjechałam. Widziałam to w jego oczach.
- Och, daj spokój. On ranił Cię nie raz - Nicole burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.
- Na pewno będę odwiedzać rodziców, więc Ciebie tym samym również. Chcę utrzymać z nimi normalny kontakt.
- Myślisz, że on Ci na to pozwoli? - unosi brew, zakłada ręce na piersiach i patrzy na mnie chyba ze złością.
- Oczywiście. Justin się zmienił, odkąd zaczął brać leki. Bardzo się o mnie troszczył i pomógł mi dojść do siebie.
- Nasłuchałam się o nim naprawdę wiele, Livvie. Wiem, że się zmienił, że Cię kocha i że Ty kochasz jego. Po prostu wasza historia jest solidnie pokręcona i boję się, że on znowu może Cię skrzywdzić. Już dość przez niego przeszłaś. Prawda?
- Tak, tu masz rację. Zgotował mi małe piekło, nie ukrywam. Mimo wszystko potrafił mnie pokochać, a to z pewnością wcale nie było takie proste przez jego chorobę. Justin ma dobre serce i jest dobrym człowiekiem. Po prostu ojciec go zniszczył i nie potrafił sobie z tym poradzić. Był jeszcze dzieckiem. Trudno nam to zrozumieć, ponieważ my miałyśmy szczęśliwe dzieciństwo.
- To ma sens. Jakoś nie umiem wyobrazić sobie, aby moi rodzice mnie nie kochali, bili i poniewierali. Walnęłabym sobie w łeb!
- A Justin był sam i jakoś musiał sobie radzić. Jest bardzo silny psychicznie. Myślę, że polubiłabyś go, jest taki słodki.
- Och, Livvie - Nicole wzdycha ciężko, uśmiecha się smutno i ponownie chwyta moją dłoń - Ty naprawdę go kochasz.
- Bardzo! - zaciska usta i kiedy tylko o nim myślę, w moje serce wlewa się ciepło. Po prostu chcę go już zobaczyć.

Wracam do domu kilka minut po siedemnastej. W drzwiach wita mnie mama, która cmoka mnie w policzek i wiesza moją kurtkę na wieszaku. Bardzo przeżyła mój powrót, tak samo jak i tata. Nie spodziewali się tego i byli zszokowani, kiedy stanęłam w progu domu. Nie uprzedziłam ich, że wracam. Po prostu zadzwoniłam do drzwi i stanęłam w nimi twarzą w twarz. Po pół roku, odkąd widziałam ich w szpitalu po raz ostatni. I chociaż miałam do nich ogromny żal, byli moimi rodzicami i chciałam się z nimi zobaczyć. Potrzebowałam tego. Porozmawiać z nimi, przytulić się, wyjaśnić pewne sprawy. Nie żałowałam podjętej decyzji, ponieważ pobyt w domu dobrze mi zrobił. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo za nimi tęskniłam. Za rodzeństwem, które podrosło i wręcz nie mogłam się temu nadziwić. Spędzałam z nimi mnóstwo czasu, nadrabiałam braki i cieszyłam się ich obecnością. Nie wróciłam na studia, ponieważ chciałam na spokojnie przemyśleć moją dalszą edukację. Główkowałam nad tym od miesiąca, jednak pewna osoba mi w tym przeszkadzała. Nie potrafiłam się skupić i wiedziałam, że nie zagrzeję miejsca w Los Angeles. To przy Justinie było moje miejsce i nie chciałam być nigdzie indziej. Musiałam wrócić. Byłam na to gotowa.
- Jutro jedziemy do cioci Karen, ma imieniny. Mam nadzieję, że pojedziesz z nami? Na pewno ucieszy się na Twój widok.
- Nie wiem jeszcze - chrząkam, przechodzę do kuchni i nalewam soku do szklanki - Wiesz, od paru dni myślę nad pewną sprawą.
- Sprawą? - mama marszczy brwi, opiera się o szafkę i wlepia we mnie wzrok - Co się dzieje, Livvie? Martwisz mnie, dziecko.
- Cześć, dziewczyny! - do kuchni wchodzi tata i uśmiecha się szeroko. Cmoka nas na powitanie i poluźnia krawat - Co tam?
- Witaj, Kochanie - mama wymusza uśmiech i skupia uwagę na mnie - Livvie właśnie chciała coś powiedzieć. Więc?
- Cóż - cholercia! Odkładam szklankę, oddycham głębiej i biorę się w garść - Od kilku dni czuję się nieswojo, jakby coś było nie tak. Czuję i wiem, że to Justin siedzi w mojej głowie - niepewnie spoglądam na rodziców i widzę lekki szok na ich twarzach. Mama kręci głową i widzę jej zrezygnowane spojrzenie - Mam świadomość, że nie spodoba wam się to, co zaraz powiem, jednak taka jest moja decyzja. Chcę do niego wrócić - kończę mówić, a w kuchni zapada przerażająca cisza. Słychać jedyne szum pracującej lodówki i nic więcej. Spuszczam wzrok na podłogę, skubię skórę na wardze i czekam na cokolwiek. Krzyk, pretensje, zakaz. Nic się jednak nie dzieje i wreszcie podnoszę głowę. Chce mi się płakać, kiedy na nich patrzę - Kocham go.
- Boże, Livvie - mama podchodzi, przytula mnie do siebie mocno i głaszcze po plecach. Czuję, jak drży jej ciało i wiem, że płacze. Sama czuję łzy na policzkach, ponieważ to trudna sytuacja. Wróciłam zaledwie dwa miesiące temu, a już chcę wyjechać ponownie - Tak bardzo za Tobą tęskniliśmy. Cieszymy się, że Cię odzyskaliśmy i nie chcemy, żebyś znowu wyjechała.
- Wiem, ale tam jest moje miejsce, mamo. Z nim. Myślałam, że uda mi się zacząć od nowa, ale to nie jest możliwe. Te dwa miesiące uświadomiły mi, że Justin jest człowiekiem, z którym chcę spędzić całe życie. Przekonałam się, że tak musi być.
- Nie pochwalam tego, córeczko - tata wzdycha ciężko, podchodzi i kładzie dłoń na mojej głowie - Jednak jesteś dorosła i sama podejmujesz własne decyzje. Skoro twierdzisz, że Justin się zmienił, jest dla Ciebie dobry, jedź do niego - och! Zaskakuje mnie tym, co mówi. Naprawdę tak uważa? - Nawet, gdybyśmy zabronili Ci wyjechać, i tak byś to zrobiła. Nie chcemy z Tobą walczyć.
- Wiem, tato - odchylam się od mamy i ocieram mokre policzki - Obiecuję, że będę was regularnie odwiedzać. Może tak być?
- Musi, dziecko. Musi - tata mruga okiem, przytula mnie i całuje w czubek głowy - Pamiętaj, że bardzo Cię kochamy, Skarbie.
- A ja kocham was. Dziękuję, że mnie rozumiecie i nie robicie awantur. Bałam się, że zamkniecie mnie w piwnicy.
- Och, nie wygaduj bzdur - mama prycha i patrzy na mnie z rozczuleniem - Straciliśmy Cię dwa razy, Livvie. Już wystarczy.
- Nie martw się, to nie stanie się nigdy więcej. Wszystko się zmieniło i być może nawet wy nas odwiedzicie? Byłoby super!
- Och, córeczko - tata wzdycha ciężko i przytula mnie razem z mamą. Stoimy we trójkę na środku kuchni i nic już nie mówimy.


Siadam na parapecie w swoim pokoju i biorę telefon. Szukam w kontaktach Tim'a i postanawiam napisać do niego wiadomość. Od dwóch miesięcy nie kontaktowaliśmy się, chociaż obiecałam, że do niego napiszę. Mam teraz wyrzuty sumienia, jednak chciałam po prostu odpocząć. Gdybym tylko się odezwała, korciłoby mnie, żeby zapytać o Justina. To nie tak, że nie chciałam wiedzieć co u niego, po prostu bałam się, że Tim napisze coś, przez co rzuciłabym wszystko i poleciała do niego. Nie mogłam tego zrobić, ponieważ ten czas był tylko i wyłącznie dla mnie. Liczyłam na to, że Justin mnie zrozumie.




Wysyłam wiadomość, odkładam telefon i wyjmuję torbę z szafy. Wybieram kilka ubrań, bieliznę i kosmetyki. Większa część i tak została w Panamie i mam nadzieję, że Justin nie wyrzucił moich rzeczy. Cholera! Siadam na podłodze i dopiero teraz dociera do mnie pewna myśl. A jeśli on nie chce, żebym do niego wracała? Zraniłam go wyjeżdżając. Nie spodziewał się tego, a ja po prostu zrzuciłam na niego taką bombę. Widziałam, jak bardzo był zaskoczony moją prośbą i chociaż wcale tego nie chciał, jednak się zgodził. To właśnie dowodzi jego ogromnej zmiany i miłości do mnie. Jestem idiotką, bo nawet nie zapewniłam go, że jeszcze się zobaczymy. Sama byłam w szoku, że ot tak się zgodził, bo byłam przekonana, że mnie wyśmieje i zabroni mi wyjazdu. Nie pożegnał się ze mną, po prostu wyjechałam bez słowa. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Ależ ze mnie idiotka! Na pewno poczuł się skrzywdzony, a przecież tak bardzo się starał odkąd tylko opuściłam szpital. Fakt, przez pierwsze trzy miesiące byłam jak zombie, ale potem było naprawdę cudownie. Odżyłam, odzyskałam chęci do życia i było dobrze. Do czasu, aż uświadomiłam sobie, że muszę wyjechać i zobaczyć się z rodziną. Sama nie byłam pewna czy w ogóle do niego wrócę, jednak to już nie było ważne. Justin nie odezwał się słowem, zamknął w innym pokoju i udawał, że nie istniałam. Zranił mnie tym.
Odganiam napływające do oczu łzy i biorę telefon, który sygnalizuje nadejście wiadomości. Jest od Tim'a.






Czytam tę wiadomość kilkanaście razy i nie wierzę w to, co widnieje na wyświetlaczu telefonu. Przykładam dłoń do serca, jakby miało to zniwelować ból. Boże! Wybucham płaczem, chowam głowę w kolana i szlocham. To dla mnie szok i nie spodziewałabym się czegoś takiego. Mój Justin, mój kochany Justin! Wyjechałam, zostawiłam go i wszystko szlag trafił. Sądziłam, że jest silny, jednak cholernie się myliłam. Czy aż tak bardzo mnie kocha, że nie może beze mnie żyć? Ciężko jest mi to sobie wyobrazić, ale nie to jest teraz ważne. Jak najszybciej muszę znaleźć się w Panamie. Zrywam się na równe nogi, włączam laptopa i szukam najbliższych połączeń. Może to szczęście, a może przeznaczenie, ale lot jest o 23:15. Spoglądam na zegarek, zostało pięć godzin i liczę, że są jeszcze wolne miejsca. Szybko klikam gdzie trzeba i na szczęście zostało jeszcze kilka biletów. Rezerwuję swoje miejsce, płacę przez internet i kończę pakowanie. Nie mogę powstrzymać płynących po policzkach łez i poczucia winy, które zalewa mnie od środka. Gdyby Tim się spóźnił, Justin już by nie żył. Wzdragam się na tę myśl, a po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz. Wystarczyła jedna chwila, a byłoby już na wszystko za późno. Straciłabym go na zawsze.

Na lotnisko odwozi mnie tata. Długo żegnałam się z mamą oraz z rodzeństwem, jednak obiecałam, że niebawem znowu się zobaczymy. Miałam zamiar dotrzymać słowa i regularnie widywać się z rodziną. O ile Justin w ogóle będzie chciał na mnie jeszcze spojrzeć. Obawiałam się, że może mieć do mnie ogromny żal i nie będzie w stanie mi wybaczyć. 


Lot mija spokojnie i większość przesypiam. Trwa sześć godzin i na miejscu jestem kilka minut po piątej rano. Odprawa idzie raz dwa, odbieram bagaż i wychodzę z hali przylotów. Rozglądam się, ale na szczęście nie ma zbyt wielu ludzi jak na tak wczesną godzinę. Dostrzegam Tim'a przy oknie. Uśmiecha się niepewnie, rozchyla ramiona i natychmiast rzucam się w jego stronę, a po chwili miażdży mnie w niedźwiedzim uścisku. Płaczę w jego bluzę, zaciskam na niej palce i cała się trzęsę. Znowu tutaj jestem.
- No, już. Nie płacz - głaszcze moje plecy, włosy i kołysze na boki - Serio jest okej, Liv. Sama się przekonasz, obiecuję.
- N-naprawdę chciał to zrobić? - odchylam się i patrzę mu prosto w oczy. Oddycha głębiej i przytakuje głową - Boże, nie wierzę.
- Hej, na szczęście los nad nim czuwał i odratowali go. Zrobili płukane żołądka, ale jest jeszcze trochę słaby. Dlatego postanowili zatrzymać go na obserwacji. Chodź - bierze mój bagaż, chwyta za rękę i opuszczamy lotnisko - Pojedziemy do domu, prześpisz się, a później odwiedzimy razem Justina - dochodzimy do jego samochodu, otwiera dla mnie drzwi, ale nie wchodzę do środka.
- Proszę, chcę go zobaczyć teraz. Nie wytrzymam do "później", Tim! Błagam! - składam dłonie jak do modlitwy i patrzę na niego oczami szczeniaka - Nie widziałam go dwa miesiące, na dodatek chciał się zabić. Proszę, zawieź mnie do niego.
- Jak zawsze uparta - przewraca oczami, wskazuje dłonią żebym wreszcie wsiadła i posłusznie zajmuję miejsce pasażera. Tim chowa moją torbę do bagażnika, siada za kierownicą i uruchamia silnik - Niech Ci będzie. Skoro tego chcesz, zawiozę Cię.
- Dziękuję Ci. Jesteś najlepszym przyjacielem pod słońcem, wiesz? Od samego początku tak bardzo nam pomagałeś.
- Cóż, traktuję Justina jak własnego brata. Dobrze, że wróciłaś. Te dwa miesiące to był dla niego bardzo ciężki czas.
- Domyślam się - schylam głowę, Tim wyjeżdża z lotniska i po chwili mknie drogą w stronę szpitala - Jednak po tym, jak doszłam do siebie po szpitalu, musiałam odpocząć od wszystkiego. Miałam głowę pełną wspomnień i pewnego dnia po prostu mnie przygniotły. Kocham Justina, ale to było silniejsze ode mnie. Bardzo mnie skrzywdził przez te kilka tygodni. Wiesz o tym.
- Oczywiście, że wiem. Mimo wszystko nie ma sensu do tego wracać. Minęło sześć miesięcy, Justin się zmienił i nie jesteście już tymi samymi ludźmi, prawda? Warto pójść do przodu, zacząć od nowa. Mam nadzieję, że właśnie po to wróciłaś?
- Tak, Tim. Po to wróciłam - uśmiecham się do siebie, oddycham głębiej i liczę na to, że będziemy mieć szansę na nowy start.


Na miejscu jesteśmy dwadzieścia pięć minut później. Wchodzimy do szpitala, wjeżdżamy na siódme piętro i przechodzimy długim korytarzem. Sala Justina jest na samym końcu, ale kiedy mijamy pokój pielęgniarek od razu zostajemy zatrzymani. To nie jest pora odwiedzin i nie powinno nas tutaj w ogóle być. Jednak tłumaczę miłej, starszej Pani, że mam za sobą długą podróż i właśnie dowiedziałam się, że mój chłopak próbował popełnić samobójstwo. Łzy same napływają mi do oczu, pielęgniarka patrzy na mnie ze współczuciem i pozwala nam do niego pójść. Tysiąc razy jej dziękuję, kręci głową i macha dłonią, abyśmy już poszli. I kiedy docieramy do drzwi, zaczynam się bać. Tim układa dłoń na moich plecach, popycha mnie lekko do przodu i tak oto wchodzimy do środka. Moje serce bije jak szalone, zaciskam usta i unoszę głowę. Justin leży na łóżku, okryty po samą szyję i oddycha miarowo. Widzę stojak z kroplówką i dostrzegam dłoń, w którą wbity jest wenflon. Pod jego powiekami są sińce i wygląda naprawdę marnie. Ten widok mnie łamie, zasłaniam usta dłonią i płaczę cicho. Nie mogę pogodzić się z tym, że to moja wina. Tak mało brakowało, a Tim napisałby mi o jego śmierci, nie odratowaniu. Jak miałabym żyć z poczuciem winy? Nie jestem jeszcze tak silna, jak przed spotkaniem Justina i doskonale wiem, że załamałabym się w mgnieniu oka.
- Śmiało, Livvie - Tim zachęca mnie, abym podeszła bliżej. Robię kilka kroków i przysiadam na krzesełku obok łóżka.
- Wygląda na zmęczonego - szepczę cicho, biorę jego dłoń i głaszczę wierzch. Wpatruję się w jego spokojną twarz i ostrożnie odgarniam włosy, które opadły mu na czoło. Porusza się, ale nie budzi. To dobrze. Chyba nie jestem jeszcze gotowa na to, aby z nim porozmawiać. Cóż miałabym mu powiedzieć? Że jestem beznadziejna, bo postanowiłam wyjechać? A może, że jest mi przykro, bo z mojego powodu chciał się zabić? Schylam głowę, a poczucie winy ponownie uderza w moje biedne serce - Nie mogę znieść myśli, że to wszystko moja wina, Tim - mówię cicho i natychmiast czuję jego dłoń na ramieniu - Zostawiłam go.
- Oboje wiemy, że od początku nie było wam łatwo. Najpierw choroba Justina, która naprawdę dawała się we znaki, potem jego ucieczka i Twój pobyt w szpitalu. Wydarzyło się sporo gówna, ale musisz być dzielna, Liv. Dla niego. Dasz radę?
- Muszę, Tim - przełykam ślinę, przytulam się do jego dłoni i zamykam oczy. Wciąż nie wierzę, że jestem obok niego.


Budzi mnie ruch obok. Poruszam ramionami, krzywię się, ale boli mnie dosłownie wszystko. Zasnęłam na siedząco, z głową przy dłoni Justina. Och, Justin! Gwałtownie siadam i nasze oczy się spotykają. Wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowany i nawet nie mruga. Po prostu patrzy, jakby nie dowierzał, że naprawdę tutaj jestem. Moje serce bije jak szalone, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie jestem pewna, jak powinnam się zachować. Uśmiechnąć się? Pocałować go? Przeprosić? Przytulić
- Livvie? - mówi tak cicho, że ledwo go słyszę. Przełyka ślinę, marszczy brwi i nie spuszcza ze mnie wzroku - To tylko sen, tak?
- Nie, naprawdę tutaj jestem - uśmiecham się niepewnie, chwytam jego dłoń i całuję wierzch - Wróciłam do Ciebie, Skarbie.
- Wróciłaś? - wygląda na zagubionego. Spogląda na Tim'a, który podchodzi i mruga do niego okiem - Co się dzieje?
- Twoja dziewczyna przyleciała. Bardzo się za Tobą stęskniła i postanowiła wrócić. Nie cieszysz się, przyjacielu?
- C-cieszę - jąka się, wciska guzik w pilocie, a oparcie łóżka się podnosi - Po prostu jestem zaskoczony. Nie spodziewałem się Ciebie tutaj - schyla głowę i wpatruje się w nasze dłonie - Prawdę mówiąc, sądziłem, że odeszłaś na zawsze.
- I dlatego postanowiłeś zrobić coś tak głupiego? - prycham pod nosem, a Justin mocniej ściska moją dłoń - Dlaczego, hmm?
- To proste, Livvie. Jesteś sensem mojego życia. Skoro odeszłaś, zabrałaś wszystko ze sobą. Nie chciałem tak żyć. 
- Boże, Justin! Jesteś silnym facetem, tak? Mogłeś do mnie zadzwonić, porozmawiać. A Ty wybrałeś coś takiego?
- Jak mogłem do Ciebie zadzwonić, skoro mnie zostawiłaś? - mówi ze złością i zabiera swoją dłoń. Och! Czuję w sercu coś dziwnego - Taka była Twoja decyzja, a ja ją uszanowałem. Zresztą, sam pozwoliłem Ci odejść. Zasługujesz na coś lepszego.
- Jak możesz tak mówić? Doskonale wiesz, że Cię kocham. Justin. Kochałam Cię już w szpitalu i to się nigdy nie zmieni.
- Serio? Skoro tak, dlaczego właściwie wyjechałaś z dnia na dzień, hmm? Wydawało mi się, że było nam razem dobrze.
- Bo było. Po prostu... - zacinam się, przecieram twarz rękami i myślę, jak mu to wyjaśnić - Pewnego dnia obudziłam się i poczułam, że jestem zmęczona tym wszystkim, a sporo się wydarzyło. Potrzebowałam odpoczynku, spotkania z rodziną. Poprosiłam Cię, żebyś pozwolił mi wrócić, zrobiłeś to i odciąłeś od siebie aż do mojego wyjazdu. Nie chciałeś rozmawiać.
- A czy było cokolwiek do powiedzenia? Wydaje mi się, że nie. Dla mnie wszystko było jasne, Livvie. Wyjechałaś, zostawiłaś
mnie i nie miałem zamiaru się bez Ciebie męczyć ani dnia dłużej. Wolałem po prostu umrzeć. Te dwa miesiące to był dla mnie prawdziwy koszmar, mimo wszystko cieszyłem się, że jesteś ze swoją rodziną. Że jesteś szczęśliwa.
- A kto powiedział, że byłam szczęśliwa, co? - marszczy brwi i patrzy na mnie zaskoczony - Owszem, potrzebowałam się z nimi spotkać, ponieważ tęskniłam za nimi przez ten czas. To jednak nie zmienia faktu, że tęskniłam również za Tobą. Chciałam przekonać się, czy faktycznie nasza miłość jest tak mocna, jak mi się wydawało. Owinąłeś mnie sobie wokół palca, czasami miałam wrażenie, że totalnie zwariowałam i jestem Tobą zaślepiona. Dałam sobie czas na zrozumienie własnych uczuć i dotarło do mnie, że kocham Cię jak jasna cholera! Aż nagle dowiaduję się, że chciałeś się zabić! Cholera, Justin! Nie pomyślałeś o mnie nawet przez chwilę, kiedy łykałeś te przeklęte prochy? - zaciskam usta, chociaż i tak czuję łzy na policzkach.
- Myślałem wyłącznie o Tobie - mówi cicho i uśmiecha się smutno - Przytuliłem do siebie Twoją poduszkę, wyszeptałem, jak bardzo Cię kocham i chciałem po prostu umrzeć - boże! Zasłaniam twarz dłońmi i wybucham płaczem. Jego słowa tną moje serce na pół, miażdżą je! - Nie wiem, jakim cudem Tim pojawił się w moim pokoju, ale wszystko szlag trafił. Nie udało mi się.
- Przestań - kręcę głową, podnoszę się i podchodzę do okna. Próbuję wziąć się w garść, ale jest to niezmiernie trudne - Twoje słowa bardzo mnie bolą, Justin. Nie sądziłam, że mógłbyś odebrać sobie życie. Nie po tym, co razem przeszliśmy.
- Cóż, gdybyś powiedziała, żebym dał Ci czas zapewne czekałbym na Ciebie. Jednak takie słowa nie padły z Twoich ust.
- Bo mi na nie kurwa nie pozwoliłeś! - podnoszę głos i odwracam się do niego - Jak tylko powiedziałam o wyjeździe, olałeś mnie i nie odzywałeś się przez półtora dnia! Chciałam pogadać, ale Ty sobie tego nie życzyłeś! Co miałam zrobić, huh?!
- Zaskoczyłaś mnie tym, okej? Cieszyłem się, że doszłaś do siebie, a Ty nagle oświadczasz, że chcesz wrócić do domu.
- Owszem, ponieważ chciałam odwiedzić rodzinę, co w tym złego? Musiałam poukładać sobie wszystko w głowie, bo naprawdę wiele przeszłam. Nie jestem tak silna jak Ty, wybacz. Nie było mnie zaledwie dwa miesiące, a Ty chciałeś się zabić - biorę głęboki oddech i ocieram mokre policzki - Boże, nawet nie chcę myśleć o tym, gdyby Tim napisał mi o Twojej śmierci.
- Naprawdę byś się tym przejęła? - unosi brew i prycha z kpiną. Gapię się na niego i wręcz nie wierzę, że to powiedział.
- Tak! Wyobraź sobie, że bym się przejęła. Do końca swojego życia nie mogłabym sobie tego wybaczyć! Jesteś podły!
- Uspokójcie się, proszę - do rozmowy wtrąca się Tim. Cholera! Zapomniałam, że w ogóle tutaj jest - Kłótnia nie ma sensu, to nie jest dobra pora. Najważniejsze jest to, że Justin ma się dobrze, a Liv wróciła. Na tym powinniście się skupić. Prawda?
- Tak, masz rację - Justin wzdycha ciężko i patrzy na mnie smutno. Przełykam ślinę i wciąż próbuję się uspokoić - Przepraszam, nie tak powinna wyglądać ta rozmowa, Livvie. 
Było minęło. Jesteś tutaj, ja również tutaj jestem i chcę Cię wreszcie przytulić. Pozwolisz mi na to? - wystawia dłoń, bez wahania podchodzę i wdrapuję się na łóżko. Wtulam się w niego z całych sił, płaczę i wyrzucam z siebie cały smutek, tęsknotę, ból i strach - Nie płacz, maleńka. Wiesz, jak bardzo tego nie lubię.
- Wiesz, że Cię kocham? - podnoszę głowę i patrzę mu w oczy - Proszę, powiedz, że od zawsze to wiedziałeś, Justin.
- Oczywiście, że wiedziałem. Fakt, dwa miesiące temu zwątpiłem w Twoje uczucie, ale teraz to nie ma już znaczenia.
- Nigdy więcej w to nie wątp, okej? Wróciłam i nie opuszczę Cię już. Przysięgam na wszystko! Zawsze będę przy Tobie.
- Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy - całuje mnie w czoło, przytula do siebie i czule głaszcze po plecach.

Justin zostaje w szpitalu jeszcze dwa dni. Przez cały czas jestem przy nim, opiekuję się, pomagam i nawet karmię. Oczywiście buntuje się, ale mam to w nosie. Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż troska o niego. Na szczęście wyglądał już o niebo lepiej i paskudne sińce oraz zmęczenie zniknęły z jego ślicznej twarzy. Więcej się uśmiechał i rozmawialiśmy przez całe dnie, a nawet noce. Opowiadaliśmy sobie ten czas, który spędziliśmy bez siebie i ponownie łzy spływały po moich policzkach, kiedy Justin mówił o tym, jak bardzo załamany był moim wyjazdem. Może gdybyśmy wtedy porozmawiali nasze rozstanie wyglądałoby zupełnie inaczej. Niestety to on odciął mnie od siebie i nie dał sobie nic wyjaśnić. Wciąż nie wierzę, że mógł to przypłacić życiem.

Wchodzimy do domu, zdejmuję z Justina bluzę, prowadzę go na kanapę i widzę jego zaskoczone spojrzenie.
- Nie miałam zbytnio czasu, żeby ugotować coś samej, ale Tim zrobił coś dla mnie - uśmiecham się, idę do kuchni i wracam z ogromnym talerzem sushi. Justin uśmiecha się szeroko, kręci głową i zaciera ręce - To musi nam dzisiaj wystarczyć.
- Nie narzekam, Skarbie - patrzy na mnie z rozczuleniem i klepie miejsce obok siebie. Odstawiam posiłek na stół i opadam obok niego. Przytula mnie mocno i chowa głowę zagłębieniu mojej szyi - Wciąż nie wierzę, że tutaj jesteś. To jak sen, wiesz?
- Wiem, ale naprawdę jestem przy Tobie, Justin - uśmiecham się, wsuwam palce w jego włosy i przeczesuję delikatnie.
- To niewiarygodne, że tak to się potoczyło. Sądziłem, że odeszłaś na zawsze. Nie potrafiłem się nawet zabić, Liv.
- Kurde, Justin! - odchylam go od siebie i posyłam mordercze spojrzenie - Czy możemy nie rozmawiać więcej na ten temat? Za każdym razem moje serce roztrzaskuje się na drobne kawałeczki. Przeraża mnie myśl, że mogło Cię nie być. Jak miałabym bez Ciebie żyć, huh? - zaciskam usta, Justin bierze moją głowę w dłonie i głaszcze kciukami policzki - Wybaczysz mi?
- Nie mam Ci czego wybaczać, ponieważ to nie jest Twoja wina. Jestem dupkiem Liv i nic z tym nie zrobię. Bez Ciebie nic nie ma sensu i chcę, żebyś to wiedziała. Oczywiście nie myśl, że to szantaż czy coś - mruga okiem i chichoczę przez łzy - Jesteś najpiękniejszą kobietą na całym świecie - uśmiecha się uroczo, pochyla i nasze usta się spotykają. To, co czuję jest potwornie ciężkie do opisania. To tak, jakby nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Jakby ostatnie dwa miesiące w ogóle się nie wydarzyły. Szczęście przepełnia moje serce i nic więcej się teraz nie liczy - Kocham Cię, aniołku. Nigdy nie pozwolę Ci odejść.
-  Ja Ciebie też kocham - szepczę w jego usta i pociągam mocniej za włosy - I n
ie mam zamiaru odchodzić. 



Justin POV:
Nie wiem, jakim cudem Tim mnie uratował. Nie wiem również, jakim cudem Livvie do mnie wróciła. Nie śmiałem jednak narzekać, ponieważ moje serce kurczyło się na widok mojej dziewczyny, która wyglądała przepięknie. Lekki wiatr rozwiewał jej długie włosy, na ustach widniał szeroki uśmiech i wręcz nie mogłem się na nią napatrzeć. Wyglądała cudownie w krótkiej, białej, letniej sukience. Jej opalona skóra wyraźnie się odznaczała i zauważyłem kilka piegów na jej uroczym nosku.
Przyglądałem się jej uważnie, kiedy układała razem z Tim'em mięso na grillu i gestykulowała rękami opowiadając mu coś ciekawego. Wyszedłem ze szpitala ponad dwa tygodnie temu i czułem się naprawdę świetnie. Kiedy obudziłem się, byłem zaskoczony, że wciąż żyję. Byłem wściekły na Tim'a i nie odzywałem się do niego przez pierwszy dzień. Chciałem umrzeć, a on zepsuł mój idealny plan. Kiedy jednak ujrzałem przed sobą Livvie, myślałem, że to piękny sen. Jednak ona naprawdę siedziała obok, ściskała moją dłoń i patrzyła tymi pięknymi, brązowymi oczami. Nic więcej się nie liczyło, tylko ona. Byłem szczęśliwym człowiekiem i dziękowałem za daną mi szansę. Miałem zamiar dobrze ją wykorzystać i nigdy więcej nie robić żadnych głupstw. Żyłem, miałem obok siebie Livvie i odzyskałem sens mojego życia. Może mieliśmy szansę na szczęśliwe zakończenie?








18 komentarzy:

  1. WOOOHOOOOO NA TO WLASNIE LICZYLAM,BOZE KASIA NO WIEDZIALAM,ZE MNIE NIE ZAWIEDZIESZ
    NA CIEBIE ZAWSZE MOZNA LICZYĆ
    lowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awww, cieszę się, że Cię nie zawiodłam :D ♥

      Usuń
  2. No i takie epilogi to ja chcę czytać ❤❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Awww, to mi bardziej pasuje, kocham hepi endy <3

    OdpowiedzUsuń
  4. No i tak ma być! Cudowne ����

    OdpowiedzUsuń
  5. No i teraz mam problem ... Nie wiem który epilog wolę! Xd No cóż , zawsze dajesz z siebie wszystko Kaśka , nie spotkałam jeszcze rozdziału napisanego przez ciebie "na odwal się " Autentycznie ! Widać że wkładasz w to całą siebie . I za to cię właśnie cenię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję! :) :*
      Masz rację, nigdy nie napisałam rozdziału na "odwal się". Wkładam w to 100% siebie i wszystko musi być dopracowane :D

      Usuń
  6. O matko jak fajnie:) cieszę się Livvie i Justin sa razem, dobrze ze Tim zdążył pomóc.
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten epilog wolę o wiele bardziej!!! 😀😀😀 Świetnie napisane!

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja się zastanawiałam cały czas, jak Livvie zareaguje na śmierć Justin'a. A tu taka niespodzianka! Potrafisz zaskoczyć człowieka ☺
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow wow 😱
    A jak dla mnie to połączenie tych dwóch epilogów w jeden bd idealnym zakończeniem historii Jusa i Marisy, mimo tego że ich miłość była dosyć specyficzna zasługują na szczęście 😍
    Zresztą dobrze wiesz Kaśka że ja UWIELBIAM szczęśliwe zakończenia 😻
    A więc to już oficjalnie koniec z kolejnym ff razem 💪
    Kocham 💓💓

    OdpowiedzUsuń
  10. Kocham ten epilog,tak ukazuje wszystkie emocje ,ze sobie to wszystko wyobrazalam 💞

    OdpowiedzUsuń
  11. Kocham to! Tak właśnie się to powinno skończyć! Niech będą szczęśliwi 💕💕

    OdpowiedzUsuń
  12. Idealne zakończenie,takie lubię najbardziej!😍❤

    OdpowiedzUsuń

Template made by Robyn Gleams
Header made by Vanes