22 mar 2017

Epilog - Kocham Cię, Livvie


Justin POV:

Mówi się, że czas leczy rany. Każda mijająca sekunda, minuta, godzina, pozwala zapomnieć o przykrych i bolesnych chwilach. Byłem pewny, że w naszym przypadku będzie dokładnie tak samo. Miałem złudną nadzieję, że Livvie będzie w stanie zapomnieć o tym, co jej zrobiłem i pozwoli nam stworzyć wspólną przyszłość. Po jej powrocie wszystko się zmieniło, ja się zmieniłem. Brałem leki, nie miałem napadów i nie podniosłem na nią ręki przez pół roku, które upłynąło. Nic innego oprócz niej się dla mnie nie liczyło, była najważniejsza i zrobiłbym dla niej wszystko. Obserwowałem, jak przechodzi przez piekło, po wyjściu ze szpitala. Jak zmaga się z depresją, wspomnieniami i koszmarami, które nawiedzały ją niemal każdej nocy. Było mi ciężko, ponieważ kobieta mojego życia tak bardzo cierpiała, a ja nie mogłem jej pomóc. Wspierałem ją, jak tylko potrafiłem. Przytulałem, dodawałem otuchy, całowałem. Chciałem, aby miała świadomość, że zawsze jestem obok niej i może się wygadać. Wyrzucić z siebie ten smutek, rozpacz, tęsknotę za rodziną. Często mi się zwierzała, ale jeszcze częściej oddalała się ode mnie, zamykała w sobie i płakała. Ciągle płakała, a moje serce za każdym razem rozrywała ogromna siła. Cierpiałem razem z nią i gdybym tylko mógł, zabrałbym od niej to, co sprawiało, że była tak niespokojna. Livvie była przecież taka dzielna, świetnie sobie ze mną poradziła, kiedy byłem jeszcze w szpitalu, a jednak posypała się w drobny mak, po tym, co musiała przejść. Przeze mnie. 


Po dwóch, może trzech miesiącach, po wyjściu ze szpitala zaczęła wracać do życia. Z racji, że wciąż się ukrywaliśmy, nie mogliśmy się wychylać i skorzystać z pomocy psychologa. Byłem nim ja, oraz Tim, z którym rozmawiała zdecydowanie częściej. Widziałem, jak bardzo ją wspiera. Tłumaczył jej, że jest silną kobietą i poradzi sobie z tym, co musiała przejść. Czułem się winny, ponieważ cierpiała z mojego powodu, to ja sprowadziłem na nią ten syf. Od samego początku, kiedy tylko zobaczyłem ją w szpitalu, aż po zabranie jej ze sobą po ucieczce. Raniłem ją, jej cudowne ciało i chociaż wtedy moja choroba była w stanie krytycznym, potem wszystko falami do mnie wracało. Jakby ktoś puścił film z moimi uczynkami. Nigdy nie będę w stanie wybaczyć sobie tego, jak traktowałem kobietę, którą tak bardzo kochałem. Livvie mówiła, że wybaczyła mi to, ale nie byłem pewny, czy w to wierzyłem. Czy coś takiego można  w ogóle wybaczyć? Przecież jest taka krucha, a ja nie miałem dla niej litości. Nie chciałem wciąż wracać do przeszłości, ponieważ nasze życie zmieniło się i wyprostowało. Te pierwsze kilka tygodni było naprawdę ciężkie, jednak mijający czas zacierał rany i wspomnienia. Livvie zaczęła się częściej uśmiechać, rozmawiać ze mną, przytulać. Dopuściła mnie do siebie i garściami czerpałem to, co chciała mi od siebie dać. To jej dobro było na pierwszy miejscu.

Livvie zaczęła kontaktować się ze swoją rodziną. Na początku każda rozmowa spychała ją na sam dół, a bolesne wspomnienia ponownie wracały. Chciałem jej tego zabronić, ale nie miałem do tego prawa. To jej rodzice i mimo wszystko powinna mieć z nimi kontakt. Szkoda, że to wcale nie było takie proste. Livvie miała do nich żal, że wtedy zostawili ją w szpitalu. Wiele razy mówiła mi, jak potwornie się z tym czuła. Była osamotniona, zostawiona w miejscu, którego nienawidziła i którego bardzo się bała. Chciała wrócić do domu, do bezpiecznego azylu, w którym mogła dojść do siebie. Rodzice postanowili inaczej i miała spędzić tam jeszcze trzy tygodnie, które z pewnością spowodowałyby nieodwracalne zniszczenie w jej głowie. Livvie nie była na to odporna i sam czułem złość, że jej stamtąd nie zabrali. Oczywiście tak czy siak wróciłaby do mnie, ale w domu miała szansę odzyskać utracony spokój. Nigdy nie powinni odwrócić się od niej plecami, nawet, jeśli sami uważali, że powinna tam zostać. Mogli zrobić cokolwiek, przenieść ją do Los Angeles i tam leczyć, a oni po prostu wyjechali. Właśnie tego Livvie nie mogła im wybaczyć. Mimo to dzwoniła do nich regularnie, płakała w słuchawkę, czasami krzyczała, że nienawidzi ich za to, a za chwilę wyznawała, jak cholernie ich kocha. Widziałem na własne oczy, jak bardzo była rozchwiana emocjonalnie, zniszczona. Chyba nawet podziwiałem ją, że całkowicie się jeszcze nie załamała. Była bardzo dzielna, chociaż temu zaprzeczała. 

Kiedy wróciła do siebie i jej stan się poprawił, cieszyłem się każdą chwilą, którą mogłem z nią spędzić i byłem najszczęśliwszym facetem pod słońcem. Miałem przy sobie miłość mojego życia, najlepszego przyjaciela i to mi wystarczyło. Do czasu, kiedy pewnego dnia szczęście zmieniło się w koszmar. Sam do końca nie wiem, co się wtedy wydarzyło, jednak ten dzień zmienił wszystko. Pamiętam to jak przez mgłę, chociaż nie minęło dużo czasu, zaledwie dwa miesiące. Była sobota. Jak zawsze wstałem przed Livvie, aby zrobić jej ulubione naleśniki z jagodami i zanieść wprost do łóżka. Uwielbiała jeść w weekendy w łóżku, rozmawiać i wsłuchiwać się w szum morza. Tym razem weszła do kuchni, kiedy właśnie układałem wszystko na talerzu i czułem, że zaraz stanie się coś złego. I stało się. Nie patrzyła mi w oczy, kiedy prosiła, abym pozwolił wrócić jej do domu. Nie patrzyła mi w oczy, kiedy tłumaczyła, że musi to zrobić. Każde jej słowo cięło moje biedne serce na pół, ale nie byłem tym samym człowiekiem, który gnębił ją w szpitalu, porwał i ranił. Zmieniłem się i musiałem pozwolić jej odejść. Wiedziałem, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, stracę ją na zawsze, mimo to przytaknąłem głową, a Livvie się rozpłakała. Mówiła szybko, chaotycznie i ledwo ją rozumiałem. Kilka razy wyłapałem "kocham Cię", "przepraszam", "to tylko na jakiś czas". Próbowałem się skupić, ale jedynie wpatrywałem się w ścianę i nic nie czułem. Dosłownie nic. Jakbym podświadomie wyłączył w sobie wszelkie uczucia. 

Tego samego dnia kupiłem jej bilet na samolot. Lot był następnego dnia, jednak to Tim odwiózł ją na lotnisko, ja nie byłem w stanie. Doskonale wiedziałem, że mógłbym się złamać i zakazać jej wsiąść na podkład samolotu. Wciąż płakała i powtarzała, że mnie kocha. Teraz już wcale nie byłem tego taki pewny, skoro mnie zostawiała. Mimo to, Livvie miała prawo do własnego życia, zasługiwała na nie. Nie mogłem jej zatrzymać, ponieważ byłem "innym" Justinem. Zwróciłem jej wolność, którą tak brutalnie jej odebrałem. Livvie odeszła, ja zostałem. Załamany, zdruzgotany, jednak czułem, że postąpiłem słusznie. Kochałem ją ponad wszystko na świecie i jej szczęście było dla mnie najważniejsze. Skoro tak zdecydowała, uszanowałem jej wybór.

Teraz, po dwóch miesiącach praktycznie nie istnieję. Nie ma we mnie już życia, nie ma celu, którym była właśnie ona. Nie odezwała się słowem, nie napisała. Czekałem na jakikolwiek znak, jednak na próżno. Oznaczało to definitywny koniec i musiałem się z tym pogodzić. I tak oto moje myśli doszły to kulminacyjnego punktu. Wczoraj, kiedy siedziałem na plaży i podziwiałem przepiękny zachód słońca postawiłem, że przyszedł czas zakończyć swoje marne życie. W dzieciństwie przeszedłem przez piekło, które zgotował mi własny ojciec. Zepsuł mnie, skrzywdził i na zawsze odmienił mój los. Kiedy pojawiła się Livvie, odzyskałem wiarę, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Pokazała mi, jak piękne jest życie i jeszcze mnóstwo cudownych chwil przede mną. Była moim światełkiem w tunelu, nadzieją na lepsze jutro, sensem życia. Teraz, kiedy jej zabrakło wszystko przepadło. Nie czułem potrzeby, aby kontynuować swój marny żywot. Dla kogo miałem się starać? 
Zmieniać? Dla kogo uśmiechać? Wstawać rano z łóżka?  Zostałem sam, bo na to zasłużyłem. Doskonale wiedziałem, że jest to moja kara za popełnione grzechy. Przeżyłem z Livvie cudowne chwile, chociaż były przepełnione jej cierpieniem i bólem. Mimo wszystko moje uczucie do niej przetrwa wszystko, zawsze będzie najważniejsza. Los mnie pokarał, osamotnił i mimo mojej zmiany, było już po prostu za późno. Wydarzyło się zbyt wiele złego i rozumiałem Livvie. Mój maleńki, kochany aniołek musiał odejść, nie zasługiwała na to, co musiała przeze mnie przejść i miałem nadzieję, że jest teraz szczęśliwa. Uśmiecha się, spotyka z przyjaciółmi, wróciła na studia. Pragnąłem tego dla niej. Była cudowną kobietą i chociaż nigdy się nie modliłem, teraz robiłem to kilka razy i prosiłem, aby zakochała się, wymazała mnie ze swojej pamięci i po prostu żyła pełnią życia. Dobrze zrobiła, to była najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć. Owszem, rozdzierała moje serce, ale tu nie chodziło o mnie, a o nią.

Kilka minut po północy siadam na łóżku. Wpatruję się w małą fiolkę, którą trzymam w dłoni i uśmiecham się lekko. Jestem spokojny, rozluźniony. Nie mam żadnych obaw, nie czuję strachu. I pewnie mimo złych uczynków spotkam się z ojcem w piekle, jestem gotowy na to, aby stanąć z nim twarzą w twarz. Takie jest moje przeznaczenie, nie zmienię go. Trzeba ponieść odpowiedzialność za swoje grzechy, tak musi być. Może pewnego dnia, w innym świecie będzie dane mi choć na chwilę zobaczyć Livvie? Ponownie ujrzeć jej przepiękny uśmiech, brązowe oczy i usłyszeć, jak śmieje się głośno.
Odkręcam wieczko, wysypuję na dłoń białe kapsułki i wkładam wszystkie do ust. Popijam wodą, kładę się na łóżku i przytulam do siebie poduszkę, która nadal pachnie Livvie. Zamykam oczy, przywołuję w głowie jej twarz i ku własnemu zaskoczeniu, czuję łzy na policzkach. Płaczę za miłością mojego życia, którą utraciłem na zawsze. Już po wszystkim, czas po prostu odejść.
- Kocham Cię, Livvie - szepczę cicho, zaciągam się zapachem poduszki i oddycham głęboko - Zawsze będę, aniołku.



Usłyszysz mnie gdy będę mówić?
Czy odczuwasz ze mną ból?
Próbowałem być tak silny
Myślałam, że nadzieja nadejdzie
Ale Ciebie tu nie ma...






****************************************
I tak oto dobrnęliśmy do końca opowiadania.
Nie ukrywam, epilog miał być zupełnie inny, ale wasze komentarze skłoniły mnie do tego, aby go zmienić.
To nie tak miało być, jednak wyszło jak wyszło.
Zauważyłam, że wiele z was nie zrozumiało do końca tego, co chciałam przekazać. Byłyście skupione na krzywdzie, którą wyrządza jej Justin i na niczym więcej. Nie dostrzegliście, jak bardzo on sam się zmienił właśnie dzięki Livvie. Tak, ranił ją, ale nikt nie dostrzegł, jak bardzo tego później żałował. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jest chory. A choroba siała zniszczenie w jego głowie i chociaż wcale nie chciał jej krzywdzić, robił to.
Livvie nie była "głupia", po prostu ślepo wierzyła, że Justin jest dobrym człowiekiem i będzie w stanie mu pomóc. Znosiła cierpienie nie przez swoją głupotę, a wiarę i miłość. Kochała go i bardzo chciała mu pomóc.
Ktoś może napisać, "jak można kochać takiego człowieka"? Cóż, można. Sama byłam z kimś, kto potwornie mnie ranił i minęło dużo czasu, zanim "obudziłam" się i byłam na tyle silna, aby powiedzieć "stop". Zapewne jesteście bardzo młode, nigdy nie byłyście w takiej sytuacji, a wtedy ciężko jest się "wczuć" w postać bohatera.

Pisząc ten epilog, popłakałam się. Dla mnie ich miłość była wyjątkowa, chociaż toksyczna i być może niezrozumiana. Justin był chory, a potrafił tak bardzo ją pokochać. Była dla niego wszystkim i wszystko robił właśnie z myślą o niej. Rozumiał swoje błędy, chociaż choroba nie pozwala mu przestać. A potem został sam, bez celu swojego życia i wolał umrzeć, niż żyć bez niej.
Ten epilog złamał mi serce, dlatego napisałam dla siebie zupełnie inny. Podoba mi się zdecydowanie bardziej :)

Tradycyjnie dziękuję wam za to, że byłyśmy ze mną przy kolejnym opowiadaniu.
Dziękuję za każdy komentarz
Dziękuję za wsparcie
Dziękuję za szczerą opinię
I wreszcie dziękuję ze to, że po prostu "jesteście"

Zostajemy z Marisą, chociaż w zanadrzu mam jeszcze co nieco ;)

Całuję!

Kasia





Template made by Robyn Gleams
Header made by Vanes